środa, 23 września 2015

Z danej chwili...

Jejku jak dawno mnie tutaj nie było. Kompletnie opuściła mnie wena na pisanie. Może trudno w to uwierzyć ale ja chcę pisać... problem w tym, że nie mam o czym. Post "Z danej chwili..." jest tym postem, w którym mogę napisać cokolwiek, niekoniecznie coś tematycznego i porywającego. Dlatego o wiele prościej mi się go pisze. :) Zatem do dzieła. Siedzę właśnie w pracy (tak nie mam teraz nic konkretnego do roboty) i czekam na śniadanie. Coś mi się zdaje, że czekają mnie leniwe trzy dni ale trudno- po środzie zawsze przychodzi? Piątek! Tak jest, druga część tygodnia zawsze szybko zlatuje. Mam nadzieję, że w weekend wreszcie dośpię nieco dłużej niż do 5. Tak mi się ciężko wstaje w tym tygodniu... Otwieram oczy i jest ciemno, mam wielką ochotę przewrócić się na drugi bok i zasnąć. Niestety nie jest mi to pisane od pn-pt. Ale oczywiście złośliwość jest wszechobecna w naszym życiu i w weekend po 5 będę wyspany jak nigdy. :/
No dobrze ale nie będę zapeszać. Zobaczymy za kilka dni. 
Mam jeszcze w głowie pewną sprawę, którą chciałbym poruszyć ale nie wiem jak się za to zabrać. Ostatni tydzień był przygnębiający, ten zaczął się obiecująco, jednak ktoś o imieniu Którego Nie Będę Wymieniać zrobił znowu przerwę w kontaktowaniu się ze mną. Moje wesołe uszka, które postawiłem kilka dni temu znowu trochę opadły. Jak poczuje się lepiej i wróci do domu to ma mi je natychmiast postawić! :) 
Ciągle myślę też o przeszłości i brakuje mi też innych osób, Których Imienia Nie Wolno Wymawiać. Jestem ciekaw ile z tych osób wgl. śledzi to co piszę, a ile o mnie zapomniało. Chciałbym by się odezwały. Tyle... 

Kurde... muszę w końcu napisać jakiś bardziej treściwy wpis.

sobota, 29 sierpnia 2015

SPRAWY DUCHOWE

    

   Ten post jest spontaniczny i zrodził się w mojej myśli zaledwie kilka minut temu. Po przeczytaniu pewnej odpowiedzi na asku zdałem sobie z czegoś sprawę. Mianowicie... całe 7 lat nie byłem na mszy w kościele. Z początku pamiętam, że chodziłem do kościoła bo wypadało, bo wszyscy tak robili to i ja tak postępowałem. Gdy pewnej niedzieli nie chciało mi się iść... rodzice wypominali mi, że muszę, bo przecież jak to nie można iść na mszę? No i chodziłem pod lekkim przymusem. Jednak z czasem coś się zmieniło. Nie wypominali, nie zmuszali... jakby zapomnieli, że powinienem. Tyle lat już minęło, a moja niedziela wygląda tak samo. Rodzice pierwsi idą do kościoła, potem siostra i babcia, a ja? Leżę w łóżku i wstaję gdy druga zmiana kościelna wraca do domu. Nikt mnie nie pyta czy byłem, czy idę... za stary jestem na takie pytania. Wreszcie czuję tę swobodę. Nie zmienia to faktu, że dziwnie się czuję. Poważnie, na mszy nie byłem bardzo dawno, ostatni raz moja noga stanęła w kościele w święta Wielkiej Nocy, gdy wszyscy zebrali się po Święconce w kościele by ucałować figurkę Jezusa. Wszedłem bo wypadało ale usiadłem w ławce i czekałem aż reszta wróci. Powiem Wam, że czułem się tam dziwnie. Nie żebym był jakiś opętany... ale odzwyczaiłem się od tych klimatów. Nigdy nie lubiłem całej tej polityki kościelnej. Nie lubię jej nadal... i nie rozumiem.

piątek, 28 sierpnia 2015

Z danej chwili...

Kurcze ale zaniedbałem bloga... Przepraszam, że zawodzę wszystkich potencjalnych czytelników. Ostatnio wyłączyłem swoje interaktywne zmysły i nie mam kompletnie pomysłu na wpisy, rozmowy i odpowiedzi (ask). Postaram się to zmienić w najbliższym czasie, ale niczego nie obiecuję. 
Siedzę sobie teraz na asku, gg, słucham muzyki i tak właśnie pomyślałem o blogu. Wiecie... właśnie rozpocząłem urlop, 2 tygodnie tylko, ale zawsze coś. Wyśpię się, polenię i pogotuję. :) Tak, to mi do szczęścia na urlopie wystarczy. Nie będę zależny od pracy, czasu, brak stresu i sielankowe życie. Bardzo się cieszę, że będę mógł robić obiady dla siebie, siostry i babci. Moje ulubione godzinny funkcjonowania to właśnie te, w których mogę coś upichcić tj. 10-14. Później, po obiedzie zaczynam już wymyślać z nudów. Na szczęście zostawiłem sobie coś w zanadrzu. Oczywiście będę czytać moją książkę, która czekała na ten urlop cały miesiąc. Nie chciałbym całymi dniami przesiadywać przed komputerem i tv... dość się w pracy napatrzyłem na ekran. 
Jak będzie? Zobaczymy. Urlopie, nadchodzę!

piątek, 21 sierpnia 2015

112

   Numer 112 powinien znać każdy. Dziś dzwoniłem pod niego pierwszy raz w życiu. Miałem nadzieję, że nigdy nie będę musiał tego robić. Niestety sytuacja tego wymagała...
Godzina 7 rano, siedzę sam w biurze i słyszę pukanie do drzwi. Otwieram a tam nasza pani sprzątaczka... blada jak ściana, z ciężkim oddechem. Wypowiedziała tylko słowa: Czy może pan zadzwonić po karetkę? Zaraz dobiegłem do biurka, chwyciłem za tel i wpisałem 112, w momencie gdy usłyszałem jak kobieta osuwa się na podłogę. Przez telefon podałem adres, okoliczności w jakich dzwonię i dane osoby wymagającej pomocy. Poczułem ulgę gdy usłyszałem- zgłoszenie przyjęte.
Wróciłem do pani, podałem wodę i tkwiłem przy niej aż nie przyjechali. Z minuty na minutę było jej coraz lepiej. Wiecie co się stało? Przenosiła zapakowaną umywalkę- bóg wie po co... i ją upuściła na stopę. Bolała ją, zobaczyła krew i zaraz zrobiło jej się słabo. Nerwy, emocje i panika wzięły pewnie górę. Ciśnienie podskoczyło i kobieta odpływała.
Gdy ratownicy dojechali okazało się, że ma złamanie, zabrali ją do szpitala. Pomyślałem sobie wówczas, że niby tylko złamanie, a same skutki uboczne tj. duszności, niepokój, ciężki oddech, podwyższone ciśnienie... były bardziej niebezpieczne. Sam byłem zdenerwowany gdy dzwoniłem, a co dopiero ona. Na szczęście ją zabrali i później jak się dowiedziałem... była już w domu. 
Wiecie co było dla mnie miłe? Jej słowa gdy odchodziła z ratownikami: "Dziękuję panu:"

niedziela, 26 lipca 2015

...

   Nie bez powodu nadałem temu wpisowi tytuł: "...". Nie wiem jak go nazwać, pomysł na nowy ten post zrodził się w mojej głowie kilka minut temu. Siedziałem, słuchałem piosenki (którą teraz dodałem jaką nutkę startową do bloga) i patrzyłem w okno. Myślałem o wszystkim co było i przypominały mi się stare czasy. Były to czasy, w których miałem pełno znajomych, a rozmowy z nimi trwały całymi dniami. Jak to się stało, że kontakty się urwały? Tak po prostu, jednych zawiodłem inni tak po prostu odeszli znudzeni, ale w większym stopniu wszystko samo z siebie się zakończyło. Piszę to wszystko po to by oznajmić, że tęsknię za tamtymi czasami. Tęsknię za Wami wszystkimi. Dziś nie mam kontaktu z nikim spośród przyjaciół z podstawówki, gimnazjum, studium... utrzymuję kontakt z kilkoma osobami z liceum, to wszystko. Nie chcę być osądzany, ze znowu się użalam. Nie użalam, to moja wina wiem. Zmieniłem się bardzo i już nie potrafię niczego naprawić. Piszę to wszystko mając świadomość, że przeczyta to zaledwie 2% osób, do których ma to trafić. Powiem Wam coś jeszcze... chciałem kiedyś odnowić starą znajomość i napisałem smsa (choć mi zabroniono). Wiecie jak wyglądała rozmowa? - Hej. Co u Ciebie? Bardzo dawno nie widziałem Cię na gg. Wiem, że nie miałem się odzywać, ale tęsknię. Odpisz. - Chyba pomyliłeś numery. - To ja Cinek. - Nie znam żadnego Cinka. Proszę do mnie nie pisać. Zaniemówiłem jak to przeczytałem. Jak wróciłem do domu zaraz poszedłem do szafki i znalazłem kartkę z imieniem i nr osoby, do której pisałem. Pomyślałem, że może faktycznie nr pomyliłem, ale nie. Nr był taki sam jak wtedy gdy pisaliśmy całymi dniami. Zdałem sobie sprawę z tego, że tym ludziom faktycznie wiedzie się lepiej beze mnie. Może i tak, ale za przyjaciółmi się tęskni i to bardzo. Zwłaszcza tak jak teraz, gdy przypomina się wszystkie razem spędzone chwile. Inny przykład... na początku tygodnia odezwała się na gg osoba, z którą ostatni raz pisałem chyba 2 lata temu. Napisała "..." ja zaraz się odezwałem ale bez odpowiedzi. Tak wyglądała nasza "rozmowa".
Te i kilka innych osób znałem naprawdę już od dawna, pisaliśmy, graliśmy i rozmawiało nam się cudownie. Tęsknię też za osobami, które niedawno straciłem. Może lepiej, że tak się stało, nie będę samolubny. Nic nie zmieni faktu, że miło wspominam przeszłość. Wspólnie przeżytą.

poniedziałek, 20 lipca 2015

"COŚ"

   Nie planowałem tego wpisu i wbrew temu co odpisałem pewnej osobie na asku... pojawił się dziś wpis. Oto on. Zdarzyło się ostatnio coś niecodziennego, co jest jednocześnie bardzo ciekawe, intrygujące i... zastanawiające. Co jest tematem tego wpisu? To:


... krzesło. Postanowiłem napisać Wam o tym co mnie spotkało w weekend. Do rzeczy... W piątek zasnąłem wieczorem jak suseł. Nic nie zakłóciło mojego snu i nie budziłem się w nocy. Ciekawie było o świcie. Otworzyłem oczy i rozejrzałem się po pokoju, a tu nagle... moim oczom ukazało się krzesło, które normalnie stoi przy biurku u siostry. Było ustawione tuż obok mojego łóżka, za głową. Nie miałem pojęcia skąd ono się tam wzięło. Normalnie ktoś by pomyślał, że pewnie sobie je ktoś przestawił. Ale nie u nas. To nie miało najmniejszego sensu, jego umiejscowienie nie wskazywało na nic co mogło usprawiedliwić to dziwne zjawisko. 
Pierwsze co mi się nasunęło na myśl to kolejna nocna akcja siostry. Zdarzyło jej się kilka razy, że lunatykowała, robiła coś na wpół świadomie, a rano ledwo co pamiętała. Z rana zapytałem ją przez ścianę czy robiła coś w nocy z krzesłem. Coś jej świtało, ale nie przypominała sobie co takiego i po co to zrobiła. Jestem przekonany na 80%, że to jednak ona. Bo co innego... duch? Powiem szczerze, że gdyby nie jej poprzednie akcje to zacząłbym się nad tym poważnie zastanawiać. Ale w takich okolicznościach chyba nie ma co rozważać. 
Jedno wiem... chciałbym mieć w pokoju kamerę. Ciekawie by było gdyby to całe zajście się nagrało. Z chęcią bym obejrzał i przekonał się na własne oczy co zaszło. W każdym razie krzesło było w niewskazanym dla niego miejscu. heh Żebyście widzieli moją minę. Takie typowe WTF? Moje oczy wędrowały.. krzesło-podłoga=myśli-krzesło. Pytanie co dalej...

Chyba założę sobie zamek z kłódką do pokoju... ;)